Strona główna Strona główna
Strona główna Strona główna
Strona główna   17-18 (440-441), 2007-07-18  

Lato było jakieś szare
I słowikom brakło tchu
Smutnych wierszy parę
Ktoś napisał znów ...

Kap, kap, płyną łzy
W łez kałużach ja i ty
Wypłakane oczy
I przekwitłe bzy

Płacze z nami deszcz
I fontanna szlocha też
Trochę zadziwiona
Skąd ma tyle łez

Nad dachami muza leci
Muza czyli weny znak
Czemuż wam poeci
Miodu w sercach brak. ...

Kap, kap, płyną łzy...

- - -
Pod Budą: Bardzo smutna piosenka retro

.
Czy pójdziesz głosować 9 pażdziernika?

tak nie

3% TAK
97% NIE


LiS-ek chytrusek i sondaże



 Lecą żurawie: Młoty w dłoń, kujmy broń
6 października 1971 roku pracownicy Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu – Ryszard i Jerzy Kowalczykowie, podłożyli bombę w auli tej placówki i ta bomba wybuchła. Rzecz w ogóle sama w sobie zdumiewająca, jeśli zważyć, że miało to miejsce w czasie udzielenia ekipie Edwarda Gierka pełnego społecznego poparcia. Trudno zatem przyjąć, że motywem był tu protest przeciw krwawemu stłumieniu rozruchów na Wybrzeżu, jakie miało miejsce rok wcześniej, bowiem na celowniku tejże bomby nie znalazło się przecież tamte partyjne kierownictwo. To raz.

Dwa – po marcu 68 nastąpiło wyciszenie aktywności opozycyjnej, która rozkwitła dopiero po roku 1976. Nie ma też poszlak wskazujących na kontakty Braci z postaciami z kręgów opozycyjnych.

Trzy – kadra naukowo-dydaktyczna wyższych uczelni nie specjalizuje się generalnie w podkładaniu bomb i przypadek Kowalczyków to doprawdy w tym środowisku ewenement. Kim zatem tak naprawdę byli i z czyjej inspiracji w Opolu działali – pozostaje tajemnicą, jeśli wykluczyć poważne zaburzenia natury psychicznej a tych, o ile wiem, nie stwierdzono.

Wyroki zapadły wysokie: kara śmierci i 25 lat pozbawienia wolności. Rada Państwa skorzystała z aktu łaski i 19 stycznia 1973 r. zamieniła Jerzemu Kowalczykowi wyrok kary śmierci na karę 25 lat więzienia. Obaj zostali przedterminowo zwolnieni - Ryszard w 1983 r. i Jerzy dwa lata później, w 1985.

W 1991 r. decyzją prezydenta RP Lecha Wałęsy, Ryszard Kowalczyk uzyskał zatarcie skazania. Na wniosek opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej i Osób Represjonowanych w PRL - to naprawdę jak z Kafki! - Lech Kaczyński w ostatnim dniu swego urzędowania na stanowisku ministra sprawiedliwości, 8 czerwca 2001 r., podjął inicjatywę kasacyjną. 8 stycznia 2002 r. Sąd Najwyższy odrzucił rozpatrzenie wniosku, nie znajdując dla niego podstaw formalnych. W roku 2003 Komisja Krajowa NZS wraz z grupą młodych radnych opolskich wystąpiła z inicjatywą - a to już chyba Mrożek! - nadania Jerzemu i Ryszardowi Kowalczykom honorowego obywatelstwa miasta Opola. Inicjatywa okazała się bezskuteczna.

Czwarty postulat z 21. gdańskich żądał przywrócenia do poprzednich praw ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 oraz studentów wydalonych z uczelni za przekonania, wymieniając nazwiska M. Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego oraz Marka Kozłowskiego. O braciach Kowalczykach nie ma tam, podobnie jak we wszystkich innych robotniczych postulatach, ani słowa. Robotnicze postulaty, owszem, zawierały dyspozycję odnośnie zwolnienia, ale więźniów politycznych.

W roku 1989 nie było już w polskich więzieniach ani jednego skazanego, któremu dałoby się przypisać pozbawienie wolności z powodów politycznych. Gwoli uczciwości trzeba natomiast powiedzieć, że ze wszystkich państw b. wspólnoty socjalistycznej byliśmy po roku 1956 najbardziej „narodowi”, najbardziej suwerenni i najbardziej demokratyczni. Nie było to żadną zasługą antyustrojowej opozycji, ale wewnątrzsystemowych zmagań o polską drogę do socjalizmu i równorzędne z tzw. uniwersaliami traktowanie polskiej specyfiki. Powtarzam i podkreślam – w ramach tamtej ustrojowej formuły „dyktatury proletariatu”, czy – jeśli komuś bardziej pasuje – „demokracji socjalistycznej”.

5 kwietnia 1989 r. zakończył swe obrady tzw. okrągły stół. Około trzech miesięcy później, latem tegoż roku, a więc na samym starcie transformacyjnego procederu, powołany został w Zakładzie Karnym w Nowogardzie 47-osobowy Komitet Protestacyjny Skazanych, na czele którego stanął 34-letni złodziej – recydywista Zbigniew O., pseudonim „Orzech”. Więzieniowie domagali się z początku jedynie poprawy warunków pracy i wzrostu wynagrodzeń. Kiedy żądania te zostały spełnione, zażądali weryfikacji wyroków i amnestii. Skąd my to znamy?

16 listopada 1989 r. Sejm posłusznie uchwalił ustawę o amnestii, nie obejmując nią jednak recydywistów. Dwa dni później „Orzech” wraz z dwoma swymi zastępcami: 29-letnim Mirosławem T. skazanym na 15 lat więzienia za zabicie matki, oraz 31-letnim Zdzisławem P. skazanym na 12 lat za rozboje i kradzieże, jechał do Warszawy na negocjacje z... Aleksandrem Bentkowskim, który w rządzie Tadeusza Mazowieckiego pełnił urząd ministra sprawiedliwości. Do rozmów nie doszło, gdyż „strona kryminalna” po drodze się upiła i „strona rządowa” straciła „partnerów” do negocjacji.

Jak już „Orzech wytrzeźwiał, to pertraktacje o zmianie ustawy amnestyjnej podjęli z nim senatorowie z listy OKP. Senat, który w 99 proc. został demokratycznie przez naród wybrany z listy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”, zaproponował rozszerzenie amnestii, ale kontraktowy, zdominowany przez „komuchów” Sejm, w którym przedstawiciele „Solidarności” zajmowali tylko 35 proc. miejsc, uchwaloną przez drugą izbę parlamentu - poprawkę, w dniu 7 grudnia odrzucił.

Polskie Radio kierując się zasadą jawności, roztrąbiło w dniu 8 grudnia, że w więzieniach w Goleniowie i w Czarnem wybuchł bunt, nie omieszkając powiadomić, że w Goleniowie spłonął więzień podejrzewany o współpracę z „klawiszami” a w Czarnem straż więzienna otworzyła ogień do więźniów szturmujących bramę. Naśladując znane wzory, pensjonariusze Zakładu Karnego w Nowogardzie wsparli, a jakże – solidarnie!, walkę swoich kolegów. Palono, niszczono, etc. „Zabawa” trwała dwa dni.

10 grudnia pod bramą więzienia pojawiły się odziały ZOMO. Kierujący działaniami milicji nadinspektor Jerzy Stańczyk, absolwent Politechniki Szczecińskiej, w MO od 1959 roku, w latach 1995 – 97 Komendant Główny Policji, spotkał się „przyjacielsko” z „Orzechem” i pokazał palcem na uzbrojonych zomowców. To wystarczyło.

Max Bronowicz (część szósta pt. „Wio, koniku, wio” – poniżej)






Wydawca
"Czasu Warszawskiego"
oferuje:

• doradztwo medialne,

• kompleksowe usługi:
- poligraficzne
- wydawnicze,

• monitoring prasy.

Jesteś gościem odwiedzającym
nas od stycznia 2006.

^ powrót na górę