Strona główna Strona główna
Strona główna Strona główna
Strona główna   21-22 (514-515), 2009-10-01  

NEEM - to spotkanie urologów krajów bałtyckich, skandynawskich oraz Litwy, Łotwy, Estonii, Rosji i Polski. Zjazd odbył się pod egidą Europejskiego Towarzystwa Urologów. Konferencje tego typu są w środowisku naukowym szeroko komentowane. Mamy więc fantastyczną promocję nie tylko polskiej urologii, ale również miasta i kraju. Nie da się właściwie przecenić znaczenia takiej konferencji i mogę z dumą stwierdzić, że jest to sukces naszej szczecińskiej urologii.

prof. A. SIKORSKI, PAM
Czy zmiana nazwy z "AKADEMIA" na "UNIWERSYTET" podnosi Twoim zdaniem prestiż uczelni medycznych?

tak nie

28% TAK
73% NIE


Salus aegroti suprema lex



 W stronę uniwersytetu
Rozmowa z prof. dr hab. n.med. PRZEMYSŁAWEM NOWACKIM, rektorem Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie

♦ Pomorska Akademia Medyczna w Szczecinie i Akademia Medyczna im. Piastów Śląskich we Wrocławiu to, jeśli się nie mylę, jedyne uczelnie medyczne w Polsce, które dotąd zachowały nazwę „akademia”. Czym, Panie Rektorze, tłumaczyć gremialne odchodzenie naszych uczelni medycznych od tej charakterystycznej dla nich – i powiedziałabym, że prestiżowej – nazwy?
– Uczelnie medyczne uzyskały w Polsce status akademii w pierwszych latach po wojnie. Wcześniej były to uniwersyteckie wydziały lekarskie i farmaceutyczne…

♦ … ale idea powołania akademii medycznych jako podmiotów odrębnych, kształcących na poziomie wyższym lekarzy i farmaceutów, prowadzących badania naukowe i świadczących usługi medyczne, zrodziła się jeszcze w okresie międzywojnia.
– Owszem. Taką ideę wysunęło łódzkie środowisko lekarskie. Jednakże w gremiach uniwersyteckich nie zyskała ona aprobaty. Zarzucono wówczas, iż jej realizacja ograniczyłaby intelektualny rozwój studentów. Nie ujmując jednak niczego z powojennego dorobku naszych akademii medycznych, podkreśliłbym, że my z natury i charakteru jesteśmy „uniwersyteccy”, gdy nazwa „akademia” ma swoje konotacje polityczno-militarne – Akademia Sztabu Generalnego, Akademia Nauk Społecznych…

♦ Także Polska Akademia Nauk. Nie sądzę również, aby opinia społeczna obdarzała u nas np. uniwersyteckie wydziały artystyczne rangą wyższą od akademii sztuk pięknych.
– Nie możemy patrzeć na wszystko jedynie z polskiej perspektywy. A może inaczej: to właśnie polski punkt widzenia nakazuje, aby uwzględniać współczesne realia w całej ich złożoności. W społeczeństwach zachodnich nazwa „akademia” nie jest prawidłowo interpretowana w odniesieniu do rzeczywistego typu naszych uczelni medycznych…

♦ … i to byłby powód, że w ofercie dla studentów zagranicznych posiłkujecie się Państwo nazwą „Pomeranian Medical University”?
– Trzeba znaleźć jakieś iunctim. Nasze uczelnie medyczne to – nie spierajmy się o nazwę – uniwersytety a nie formy wyższej edukacji typu „collage”.

♦ Rozumiem, Panie Rektorze, że ambicją polskich uczelni medycznych nie jest kształcenie na poziomie felczerów. Jednakże np. Collage of Europe kształci wyłącznie na poziomie podyplomowym, gdy All Souls Collage w Oxfordzie zrzesza wyłącznie profesorów. Czym w znaczeniu jakościowym miałyby się różnić uniwersytety medyczne od medycznych akademii?
– Ustawa o szkolnictwie wyższym z 2005 roku zawarła w jednym z paragrafów kryteria, zgodnie z którymi różnicuje nazewnictwo polskich uczelni. Na pierwszym miejscu są uniwersytety, na drugim tzw. uniwersytety przymiotnikowe, jak np. uniwersytety medyczne, na trzecim – akademie. Decyduje liczba uprawnień do nadawania stopnia doktora nauk. Trzeba mieć ich sześć. Przez długi czas Pomorska Akademia Medyczna dysponowała trzema takimi uprawnieniami. I na pewno sukcesem ostatnich lat jest to, że obecnie mamy tych uprawnień pięć.

♦ To znaczy, że do przekroczenia uniwersyteckiego progu brakuje Wam już tylko jednego?
– Można powiedzieć, że ten próg właśnie pokonujemy. Przesłaliśmy komplet wymaganych dokumentów do Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego i o ile wiem, sprawa jest obecnie w Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów. Spodziewamy się decyzji w najbliższym czasie.

♦ Nie będzie żal, Panie Rektorze, dotychczasowej nazwy? W moich uszach „Pomorska Akademia Medyczna” brzmi wdzięczniej i godniej niż „Pomorski Uniwersytet Medyczny”.
– Jesteśmy, oczywiście, związani emocjonalnie z naszą obecną nazwą. Proszę jednak zwrócić uwagę, że gdybyśmy przy niej pozostali, byłoby to odebrane jako nasza niemożność sięgnięcia po status uniwersytecki a my dysponujemy wystarczającym potencjałem, aby wymaganych sześć uprawnień uzyskać. Niebawem mamy nadzieję otrzymać siódme uprawnienie.

♦ Nie zmieni to jednak faktu, że do uniwersyteckiej rodziny uczelni medycznych dołączycie jako nieomal ostatni. Dla PAM nie będzie już zatem miejsca na „punktowanym” podium.
– Jasne, że ktoś, kto o nas dzisiaj mówi, że jesteśmy słabi, ponieważ nadal jesteśmy akademią, może jutro powiedzieć, że pozostaliśmy słabi, ponieważ status uniwersytecki uzyskaliśmy najpóźniej. Otóż chcę powiedzieć głośno: jesteśmy najmniejsi i nam było najtrudniej.

♦ A ja bym powiedziała, że urok PAM również w tym, iż jako uczelnia medyczna broni się przed modą na uniwersyteckie „hipermarkety”. Niekoniecznie jednak budzi mój zachwyt pojemność Wydziału Nauki o Zdrowiu.
– Tak sprofilowane wydziały spotyka się dzisiaj w większości polskich uczelni medycznych. Jest faktem, o którym nie warto dyskutować, że kierunki edukacji i możliwości, jakie tenże wydział stwarza, niekoniecznie łączą się z medycyną w jej klasycznym rozumieniu, choć się z nią ściśle wiążą. Są to wydziały bardzo dynamiczne pod względem możliwości otwierania na nich nowych kierunków. W takich przypadkach dyplom ukończenia oraz stopnie naukowe będą mówić: „w zakresie zdrowia publicznego”.

♦ Nie należę do zwolenników obdarzania przysłowiowym magistrem wszystkiego, co stoi na dwóch nogach. Istotę problemu upatruję jednak w czymś innym: czy tzw. naukę o zdrowiu można w ogóle klasyfikować w kategoriach naukowej dyscypliny?
– Sformułowałbym pytanie inaczej. Jeśli np. fizjoterapeutów kształcą obecnie dziesiątki szkół, nie mających z medycyną nic wspólnego, jak wyższe szkoły turystyki i hotelarstwa, czy inne, to dlaczego my jako uczelnie medyczne mielibyśmy tego zaniechać?

♦ Panie Rektorze, powiedzmy przecież wprost: powołanie wydziałów nauki o zdrowiu napędza do uczelni medycznych studentów, z których niewielu zaliczyłoby zapewne pierwszy rok na wydziałach faktycznie medycznych. Zważywszy, że studiując ową „naukę” o zdrowiu, można ukończyć uczelnię medyczną w systemie niestacjonarnym i odpłatnym, odpowiedź chyba prosta, ale to nie zarzut. To „aggiornamento”. To „duch” naszych czasów.
– Nie oceniamy studentów naszego Wydziału Nauk o Zdrowiu w tych kategoriach. Traktujemy Wydział jako komplementarny do pozostałych. Jednocześnie wskazuje on na rolę Uczelni w kształceniu kadr dla szeroko pojętego systemu opieki zdrowotnej, w którym znaczące miejsce zajmuje aktywność edukacyjno-profilaktyczna, a nie tylko diagnostyczno-terapeutyczna. Kiedy jako rektor rozpoczynałem moją pierwszą kadencję, kształciliśmy w PAM ok. 2 tys. studentów. Dzięki utworzeniu Wydziału Nauki o Zdrowiu nasza społeczność studencka wzrosła o ponad tysiąc. W systemie niestacjonarnym kształci się z tej liczby ok. jedna trzecia i w kosztach jakoś to się bilansuje.

♦ PAM dopracowała się wcale licznej grupy studentów zagranicznych i w mojej ocenie to jest sukces. Jaką kadrą dysponuje ta najmniejsza w Polsce, jeśli wolno Pana Rektora zacytować, uczelnia medyczna?
- Zatrudniamy 573 nauczycieli akademickich, w tym 33 profesorów zwyczajnych i 62 nadzwyczajnych. Stopień doktora nauk medycznych uzyskało u nas blisko 1500 absolwentów. Habilitowało się ponad 200 osób.

♦ Pan, Panie Profesorze, piastuje już drugą kadencję urząd rektora PAM. Jest Pan równocześnie kierownikiem Katedry i Kliniki Neurologii, wojewódzkim konsultantem, autorem kilkudziesięciu publikacji oraz redaktorem działu neurologicznego „Neurologii i Neurochirurgii Polskiej“ – dwumiesięcznika indeksowanego w takich bazach danych, jak Science Citation Index Expanded, Journal Citation Reports, Thomson Scientific Master Journal List, MEDLINE/Index Medicus, EMBASE/Excerpta Medica Database, Chemical Abstracts CAS, Index Copernicus (IC), KBN, Directory of Open Access Journals (DOAJ), OpenMED, Polish Medical Library (GBL). Jak Pan to godzi?
– Jest to pewien problem. Urząd rektora uczelni to dziś nieomal funkcja zawodowa. Nie mógłbym sobie pozwolić na łączenie tej funkcji z kierowaniem Kliniką, gdyby nie jej znakomity Zespół. To istotny komfort psychiczny, że nie muszę myśleć o Unii, kiedy jestem na Rybackiej (SPSK nr 1 PAM mieści się w Szczecinie przy ul. Unii Lubelskiej 1, siedziba PAM mieści się w Szczecinie przy ul. Rybackiej 1 – J.G.). Na sukces naukowy również pracujemy wspólnie – szef Zespołu jest przecież nieomal zwyczajowo współautorem istotniejszych publikacji. Równocześnie bardzo sobie cenię moje uczestnictwo we współredagowaniu czasopisma „Neurologia i Neurochirurgia Polska”. Dobrze, naturalnie, że jest to dwumiesięcznik. Chciałbym przy okazji wspomnieć, że zachowaliśmy nasz dotychczasowy tytuł, aczkolwiek prace oryginalne publikujemy już wyłącznie w języku angielskim. Przyjmujemy je jednak także w języku polskim, dokonując tłumaczenia siłami redakcji. Obowiązki konsultanta wojewódzkiego nie są natomiast tak obciążające, aby nie dało się im sprostać, wypełniając jednocześnie pozostałe funkcje.

♦ Czy w rektorskim kalendarzu jest jeszcze miejsce na prace doktorskie pod kierunkiem Pana Profesora?
– Nie jestem wprawdzie ich szczególnym kolekcjonerem, ale nie czułbym się najlepiej jako szef zespołu, gdybym zrezygnował z takiej aktywności – oczywiście w ramach tych rezerw czasowych, jakimi jako rektor jeszcze dysponuję. Kształcenie studentów w ramach studiów doktoranckich to nasz boloński obowiązek.

♦ Do PAM przynależą dwa szpitale: SPSK nr 1 im. prof. Tadeusza Sokołowskiego wraz z – od 2007 roku – dawnym SP ZZOZ w Policach, oraz SPSK nr 2. Jak sama nazwa wskazuje, są to organizmy samodzielne. Jakie są ich relacje z Uczelnią?
– Organem założycielskim wszystkich szpitali klinicznych w Polsce są akademickie uczelnie medyczne. Stąd też odpowiedzialność za ich funkcjonowanie, w tym także finansowa, spada ostatecznie na uczelnię. Walor samodzielności natomiast sprawia, że dobry dyrektor nie przyjmie bezkrytycznie sugestii rektora, jeśli zaburzałyby one w swych skutkach efekt finansowy szpitala i wypełnianie jego statutowych obowiązków.

♦ Szokuje jednak nieco, jeśli na Waszej stronie odnajduję zdanie, że najważniejszym celem wspólnych działań władz uczelni i dyrekcji szpitali jest płynność finansowa. Czy „cel” oraz to, co jest niezbędne, aby go osiągnąć, tj. środki finansowe, nie zamieniły się tu aby miejscami?
– Byłoby cudownie, gdybyśmy w naszych szpitalach mogli się skupić na wykonaniu danej procedury a nie głowili się nad tym, jak i skąd zdobyć pieniądze na jej wykonanie. I byłoby cudownie, gdybyśmy w oparciu o najwyższą jakość usług diagnostyczno-terapeutycznych, mogli się jako uczelnia skupić na aktywności naukowo-badawczej i dydaktycznej. To powinny być dla nas priorytety, ale jeśli brakuje gwarancji materialnych, to uprawianie takiej „teleologii” nie jest funta kłaków warte. I stąd zarówno dyrektorzy szpitali, jak i my jako organ założycielski mówimy, że utrzymanie płynności finansowej to też jest w pewnym sensie nasz cel.

♦ Czy Pana zdaniem, Panie Rektorze, szpitale kliniczne powinny pozostać przy uczelniach?
– To nie tylko moja opinia. Jako rektorzy uczelni medycznych powszechnie uważamy, że bezwzględnie tak. Nie mając szpitali, nie mamy warsztatu. Całe lata walczyliśmy o to, aby jak najmniej naszych jednostek było na tzw. bazie obcej. Jeśli szpitale przestałyby być naszą własnością, to o wszystko musielibyśmy zwracać się do podmiotów od nas niezależnych. Te zaś bez wątpienia stawiałyby warunki bardzo trudne dla nas do przyjęcia lub w ogóle niemożliwe. Wiem, że dyrektorzy niektórych szpitali klinicznych mają takie ambicje, aby szpital od uczelni oddzielić. W wyniku takich decyzji prestiż tych szpitali nie wzrośnie a świadczone tam usługi nie osiągną wyższego poziomu. Byłoby to ze stratą dla dwóch stron – uczelni i szpitali, oraz – co najważniejsze – ze szkodą dla pacjentów. Trzeba równocześnie pamiętać, że wszystkie nasze katedry, zakłady, pracownie, etc., także te o charakterze teoretyczno-badawczym, pozostają w ścisłych związkach z klinikami i oddziałami szpitalnymi a nie do wyobrażenia jest stan, aby edukację lekarza można było zamknąć w salach wykładowych i seminaryjnych.

♦ Odnotujmy jednak, że na terenie szpitala na Pomorzanach dysponujecie jako uczelnia imponującą architektonicznie salą wykładową im. Kopernika, a sale seminaryjne zajmują nieomal całe IV piętro nowoczesnego szpitala przy Unii Lubelskiej. Jego wrażliwą społecznie wizytówką jest zaś od 2004 roku jedyny w województwie Zachodniopomorskim Oddział Hematologii i Onkologii Dziecięcej, jakiemu na cześć ofiarodawców nadano imię Oddziału świętego Mikołaja.
– To dowody na efekt, jaki daje wspólne działanie władz uczelni i szpitali klinicznych – wzajemnie się uzupełniamy. Doświadczyliśmy w 1998 roku grozy ognia na dachu SPSK1. Pożar się rozprzestrzenił. Dzięki ofiarności wszystkich uczestników akcji ratowniczej żaden pacjent nie odniósł obrażeń, co graniczyło z cudem. Obszary, które najbardziej ucierpiały, były dość długo wyłączone z eksploatacji. W listopadzie 1999 roku powróciła jako ostatnia Klinika Chirurgii Dziecięcej. Bywa, że ułożenie stosunków między władzami uczelni a dyrekcją szpitali niekoniecznie jest bezkolizyjne, ale zawsze wymaga podporządkowania temu, co dobre dla pacjentów. Nie widzę przeszkód, aby w ramach układu, kiedy organem założycielskim pozostaje uczelnia – relacje z dyrekcjami szpitali były partnerskie. Trzeba tylko wspólnie pilnować, aby jak najlepiej służyć chorym i aby „interes” nie upadł. A to łatwe nie jest.

♦ Powiedziałabym, że ma Pan „lekką rękę” do dyrektorów. Szpitalem na Unii Lubelskiej zarządza pani dr n. med. Maria Ilnicka-Mądry – Menedżer Roku 2008 w Ochronie Zdrowia. Gospodarzem szpitala na Pomorzanach jest pan doktor Ryszard Chmurowicz, pediatra, o którym prof. Florian Czerwiński, dyrektor ds. lecznictwa, żartobliwie mawia, że dotąd ściska każdą złotówkę, aż orzeł kupkę zrobi.
– Ciesząc się, iż na żadnym z naszych szpitali nie ciążą zobowiązania płatnicze, zwłaszcza wymagalne, dostrzegamy jednak, że nasze społeczeństwo nienajlepiej reaguje, kiedy wysokoreferencyjny z założenia szpital „wlicza” do swego katalogu nie tylko świadczenie super usług, ale także płynność finansową. Ale co to oznacza? Otóż to oznacza, że tych pieniędzy jest po prostu za mało.

♦ Upatrywałby Pan remedium na bolączki służby zdrowia w prywatyzacji szpitali?
– To nader delikatna i skomplikowana materia. Proszę popatrzeć na profil działających już w Polsce klinik prywatnych. Wszystkie one są wąskospecjalistyczne i działają w obszarze schorzeń – użyję nieładnego określenia – rentownych. Ale to jest naturalne, bowiem czego oczekuje prywatny właściciel? Oczekuje zysku. Mało tego. Przepisy finansowe w Polsce wymuszają na takim niepublicznym, prywatnym podmiocie rygor finansowy. W przeciwnym wypadku natychmiast pojawia się zarzut, że celowo „idzie w dług”. Wiadomo, że szpitale publiczne są, poza nielicznymi wyjątkami, jak np. jednostki psychiatryczne, wielobranżowe i po ich sprywatyzowaniu stanie problem, co robić z oddziałami nierentownymi? Szpital musi się przecież w całości finansować i pojawi się pytanie, dlaczego to, co rentowne ma utrzymywać organizmy nierentowne? A w tym właśnie przedziale sytuują się np. nowotwory. I co? „Urynkowimy” kliniki i oddziały onkologiczne, wprowadzając „zaporowy” cennik usług?

♦ Spytałabym, co robić z ludźmi, którzy zapadli na „nierentowną” chorobę, ale redefiniowaliśmy pojęcie państwa w taki sposób, że utraciło ono cechy dobra wspólnego, stając się – cytuję za akademickim podręcznikiem „Nauka o polityce” z 2007 roku – organizacją, zapewniającą „… zasiedlającej jego terytorium społeczności, … warunki egzystencji korzystne odpowiednio do siły ich ekonomicznej pozycji i politycznych wpływów”. Z takiej zaś perspektywy uniwersytecki status naszych dotychczasowych akademii medycznych zdaje się być kwestią drugoplanową, jeśli w ogóle społecznie ważną.
Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Julitta Głęmbocka






Wydawca
"Czasu Warszawskiego"
oferuje:

• doradztwo medialne,

• kompleksowe usługi:
- poligraficzne
- wydawnicze,

• monitoring prasy.

Jesteś gościem odwiedzającym
nas od stycznia 2006.

^ powrót na górę