Strona główna Strona główna
Strona główna Strona główna
Strona główna   21-22 (514-515), 2009-10-01  

NEEM - to spotkanie urologów krajów bałtyckich, skandynawskich oraz Litwy, Łotwy, Estonii, Rosji i Polski. Zjazd odbył się pod egidą Europejskiego Towarzystwa Urologów. Konferencje tego typu są w środowisku naukowym szeroko komentowane. Mamy więc fantastyczną promocję nie tylko polskiej urologii, ale również miasta i kraju. Nie da się właściwie przecenić znaczenia takiej konferencji i mogę z dumą stwierdzić, że jest to sukces naszej szczecińskiej urologii.

prof. A. SIKORSKI, PAM
Czy zmiana nazwy z "AKADEMIA" na "UNIWERSYTET" podnosi Twoim zdaniem prestiż uczelni medycznych?

tak nie

28% TAK
73% NIE


Salus aegroti suprema lex



 Duch miejsca
Rozmowa z prof. zw. dr hab. n.med. FLORIANEM CZERWIŃSKIM, kierownikiem Katedry i Zakładu Anatomii PAM, zastępcą dyrektora ds. lecznictwa w SPSK nr 2

• Czy znany jest Panu, Panie Profesorze, szpital akademicki bądź uniwersytecki lub dowolnie inny, w którym zastępcą dyrektora ds. lecznictwa byłby profesor zw. dr hab. nauk medycznych?
– Owszem. To Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 2 Pomorskiej Akademii Medycznej przy ul. Powstańców Wielkopolskich 72 w Szczecinie, którym obecnie zarządza pan Ryszard Chmurowicz, mój były student, a ja jestem jego zastępcą ds. lecznictwa. Jak pani widzi, uczeń przerósł mistrza. Chcę natomiast dodać, że na stanowisku dyrektora ds. lecznictwa pozostaję tu z satysfakcją od 27 lat.

• Przyzna Pan jednak, że to albo unikalne, albo kuriozalne.
– A ja myślę, że wcale niegłupie w szpitalach, których organem założycielskim jest uczelnia medyczna. Niekoniecznie natomiast dla kierowników klinik wygodne. Proszę zwrócić uwagę, że w takich szpitalach nie zostaje się kierownikiem kliniki bez wysokiego statusu naukowego. Jeśli zaś dyrektorem ds. lecznictwa zostaje profesor, do tego profesor zwyczajny, to jest on z natury rzeczy innym partnerem dla kierownika kliniki, niż osoba bez statusu naukowego.

• I to byłby Pana zdaniem powód, który eliminuje kadrę profesorską z obsady na tym stanowisku?
– Nie wiem. Może ludzie z tytułami profesorskimi po prostu nie chcą? Może szkoda im czasu? Może wolą przeznaczać ten czas dla pacjentów klinik prywatnych? Bywają, owszem, na stanowisku dyrektorów naczelnych. Otóż ja przez rok pełniłem ten „urząd”, ale nie udało mi się połączyć jego sprawowania z porządnym kierowaniem Katedrą. Osobiście nie wiem, jak dają sobie radę ci, którzy są równocześnie dyrektorami szpitali, ordynatorami oddziałów, kierownikami katedr, etc. Nie wiem, jak oni to robią.

• A może, ale proszę mi wybaczyć żartobliwy ton, są bardziej pracowici od Pana?
– Oj, miałbym wątpliwości. Moja żona nieustannie mi zarzuca, że zmarnowałem jej życie, gdyż jesteśmy już 40 lat razem, a ona policzyła, że realnie niecałe trzy. Ja na to odpowiadam, że to dobrze, bo dzięki temu jesteśmy bardzo młodym małżeństwem. Cóż, po prostu, od rana do wieczora pracuję. Wykładam anatomię prawidłową i kliniczną, moi asystenci prowadzą ćwiczenia, ja je kontroluję, pod moim kierunkiem powstają kolejne prace doktorskie… Piszę książki – jedną, drugą, trzecią… Ale widzi pani, uprawianie nauki, to nie jest zawód. To „uzależnienie”.

• Przeglądając Pana dorobek naukowy, doliczyłam się ponad 120 prac, dotyczących m.in. anatomii i patofizjologii układu autonomicznego i krwionośnego oraz budowy układu kostnego. Imponująca jest tu nade wszystko tematyczna rozległość obszaru Pana dokonań naukowych, do czego trzeba dziś permanentnego „napełniania” głowy. Medycyna „galopuje” już nie tylko w obrębie rozpoznawania każdego ludzkiego narządu, ale każdej nieomal komórki.
– Wymóg stałego „napełniania głowy”, jak to pani ujęła, jest wyzwaniem naszych czasów, któremu nawet w zapadłej dziurze, chociaż takich – przede wszystkim dzięki internetowi – coraz mniej, każdy lekarz musi i powinien sprostać.

• Jednakże od osób na stanowiskach dyrektora ds. lecznictwa oczekuje się chyba niejako z założenia, aby znajomość medycyny w jej najszerszym rozumieniu, nie zawierała dla nich zbyt wielu „białych kart”.
– Wyjaśnię to pani. Każdy kierownik kliniki jest odpowiedzialny za jej prawidłowe funkcjonowanie, gdyż to on najlepiej zna się na leczonych w niej schorzeniach. Trudno, żebym ja na przykład znał się lepiej na chorobach serca od kardiologa. Może znam się lepiej na anatomii serca, ale nie potrafię już zrobić koronografii, koronoplastyki i tak dalej. Do moich podstawowych zadań jako dyrektora ds. lecznictwa należy nadzór, aby dbano o pacjentów, aby ich porządnie leczono i żeby młodzi lekarze mogli się kształcić. To trzy główne zakresy moich zadań. Ich realizacja nierzadko natomiast wymaga ode mnie zdolności dyplomatycznych, gdy trzeba łagodzić jakieś międzyludzkie tarcia, co przecież zawsze i wszędzie się zdarza. Więc bycie dyplomatą to też moje zadanie.

• Wiem, że prof. Machoy, znacząca w nauce polskiej i dziejach PAM postać, przygotowuje pracę o historii SPSK nr 2. Z Pana biografii wynika, że całe aktywne życie poświęcił Pan temu Szpitalowi i Pomorskiej Akademii Medycznej. Nie ma Pan ochoty napisać wspomnień?
– Jak będę na emeryturze. Na publikację o takim charakterze, nie starczyłoby mi teraz czasu.

• 19 prac doktorskich pod Pana kierunkiem i kolejne dwie w przygotowaniu. To też z pewnością angażuje. Na Pana biurku widzę „gorący” egzemplarz książki pt. „Zarys anatomii człowieka”.
– To podręcznik akademicki, nad którym pracowaliśmy razem z prof. Krechowieckim. Pierwsze wspólne wydanie ukazało się w roku 1992. Do tej pory było już tych wydań osiem, co świadczy chyba o popularności naszej książki.

• Wspólnie z Grzegorzem Sławińskim i Wojciechem Kozikiem pomogliście studentom opanować ten bodajże najobszerniejszy zakres podstawowej dla każdego lekarza wiedzy, wydając zbiór testów o anatomii prawidłowej pt. „1500 pytań testowych”. Jak Pan ocenia przydatność dydaktyczną tej pracy?
– Znajomość anatomii jest absolutnie dla każdego lekarza niezbędna, aczkolwiek stopień wtajemniczenia będzie tu różny i zależny od uprawianej w praktyce specjalności. Wiedza chirurga ortopedy o budowie narządów moczowo-płciowych nie musi dorównywać wiedzy urologa, który z kolei nie musi w jakiś szczególniejszy sposób studiować układu kostnego. Ale sama znajomość anatomii jest dla lekarza tym, czym dla matematyka przysłowiowa tabliczka mnożenia. I najważniejsze – każdy lekarz musi pamiętać, że człowiek nie jest arytmetyczną sumą poszczególnych organów. Jest całością i żaden organ nie jest „oddzielnie”.

• Powiedziałabym, że "holistyczny" punkt widzenia nie jest najmocniejszą stroną współczesnej medycyny. Specjalizacji przybywa i są coraz węższe. W czasach nie tak znowu odległych nadawano adeptom kierunków medycznych, stopień doktora wszechnauk lekarskich. Wśród pierwszoplanowych postaci naszej medycyny taki właśnie stopień uzyskał np. Adam Bochenek w roku 1898.
– To legendarna postać, autor podręcznika „Anatomia człowieka”, którego tom I ukazał się w roku 1909, czyli jeszcze za jego życia – Bochenek, jak pani zapewne wie, popełnił samobójstwo, mając niespełna lat 40. Powody tej dramatycznej decyzji to jedna z czarniejszych kartek, obrazujących niezdrową atmosferę, jaka zdarza się niekiedy w samym środowisku lekarskim.

• Zawiść i zazdrość?
– Dzieło Bochenka kontynuował prof. Michał Reicher-Sosnowski, twórca działającego do dziś wileńskiego Collegium Anatomicum oraz jeden ze współtwórców d. Akademii Lekarskiej w Gdańsku. W latach 1953-1965 wydano w Polsce pełne, siedmiotowe wydanie „Anatomii człowieka” jako wspólną pracę Bochenka i Reichera, które następnie skrócono do pięciu tomów.

• Ostatnie wydanie tego dzieła przypada, o ile wiem, na rok 2003. Anatomia to chyba ostatnia gałąź medycyny, która wśród jej dyscyplin „starzeje się” w tempie wolniejszym.
– Ubywa natomiast uczonych-anatomów. Dynamiczny rozwój anatomii to głównie wiek XIX. Ci, którzy wówczas się urodzili i których nazwiska odnotowały encyklopedie, już odeszli a nie tak wielu ich następców odnajdzie pani wśród obecnie żyjących.

• Pana nazwisko znalazłam. To szczególny honor, jeśli dorobek naukowy jest na tyle cenny, że uczonego odnotowują encyklopedie jeszcze za jego życia. Proszę powiedzieć, dlaczego tak wielu anatomów skłaniało się w kierunku filozofii?
– Bo ja wiem? Może dlatego, że my bardziej niż inni jesteśmy humanistami. Spojrzała pani na maksymę uwidocznioną w naszej Katedrze? His mortus docent vivos – tu martwi uczą żywych.

• Zakończmy naszą rozmowę weselszym akcentem! Jako Szpital świadczycie usługi o najwyższym stopniu referencyjności, zdobywacie prestiżowe certyfikaty, zajmujecie wysokie miejsca w rankingach. To bez wątpienia wspólny sukces całej Waszej społeczności, ale ja chciałabym spytać o Pana relacje z Dyrektorem Naczelnym SPSK nr 2.
– Daję pani słowo, że w moim nie najkrótszym przecież życiu, nie spotkałem dotąd tak pracowitego człowieka! To wspaniały menadżer. Rozsądnie i rozważnie wydaje każdą złotówkę, ale tak, żeby nie ucierpiał ani personel szpitala, ani nasi pacjenci. To niezwykłe, że stając wobec drażliwych i konfliktogennych problemów, nie utracił wrażliwości na zwykłe, codzienne kłopoty ludzkie. Że znajduje czas na ich wysłuchanie i stara się pomóc. A przecież na barkach Chmurowicza najtrudniejsze dzisiaj sprawy. Musi się martwić nie tylko o to, skąd zdobyć pieniądze. Musi dokonywać bardzo trudnych wyborów. Remontować aparaturę, czy kupić nową? Remontować blok operacyjny czy sale chorych? Wymienić stare okna czy dokonać przeglądu instalacji? To stary szpital, wymaga olbrzymich nakładów, a przecież jest jednym z niewielu, który nie jest zadłużony.

• Myślę, że w tych Waszych stareńkich murach jest jeszcze coś, co mnie zawsze zachwyca – to „genius loci”. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Julitta Głęmbocka






Wydawca
"Czasu Warszawskiego"
oferuje:

• doradztwo medialne,

• kompleksowe usługi:
- poligraficzne
- wydawnicze,

• monitoring prasy.

Jesteś gościem odwiedzającym
nas od stycznia 2006.

^ powrót na górę